Wygrana z NFZ!
Artykuł ukazał się 01.07.2005 w Słowie Polskim * Gazecie Wrocławskiej
Operacyjne leczenie otyłości to w Polsce luksus, o który trzeba nieraz
ostro powalczyć
Skalpel na tuszę
Wrocławianka wygrała proces z dolnośląskim oddziałem
Narodowego Funduszu Zdrowia, który odmówił jej finansowania operacji
zmniejszenia pojemności żołądka. Dla ważącej 160 kilogramów i mierzącej
ok. 150 cm wzrostu kobiety taki zabieg jest jedynym sposobem ratowania
zdrowia, a - być może - także życia.
10 tys. 500 zł - tyle musi zapłacić Fundusz za operację Karoliny Z. Taki
wyrok wydał w ubiegłym tygodniu Sąd Okręgowy we Wrocławiu (VII Wydział
Ubezpieczeń Społecznych), który rozpatrywał sprawę jako druga instancja.
Przedtem dyrektor DONFZ dwukrotnie odmówił pacjentce zgody na
refundację. Przegrała z funduszem także w sądzie pierwszej instancji.
Mimo ostatecznej wygranej, w jej przypadku trudno mówić o euforii.
Błędne koło otyłości
Karolina Z. nie zdecydowała się na rozmowę z nami.
- Jej stan zdrowia jest fatalny, proces kosztował ją też wiele nerwów -
tłumaczy Radosław Z., syn, który w procesie był pełnomocnikiem matki. -
Nie zdołała chodzić na wszystkie rozprawy. To się ciągnęło rok i trzy
miesiące. Ten czas został zmarnowany dla jej zdrowia. Powinna być już
dawno po zabiegu. Tymczasem wiele dolegliwości się jej pogłębiło,
pojawiły się też nowe.
Pani Karolina zawsze miała problemy z tuszą. W ostatnich latach stały
się jednak u niej powodem poważnych schorzeń. Większość z nich to
następstwa otyłości. Jednak trudno schudnąć pacjentce, u której
wykluczone są wszelkie ćwiczenia fizyczne, a ograniczenie jedzenia do
minimum nic nie daje.
- Mama cierpi także z powodu stawów - mówi Radosław Z. - Żeby móc
chodzić, musi mieć operację wszczepienia endoprotezy. Jednak tusza jest
przeciwskazaniem do tego zabiegu. Jeśli nie schudnie, nie można jej
operować. W ten sposób powstało błędne koło.
Tylko operacja
W końcu lekarze doszli do wniosku, że jedynym sposobem ratowania
pacjentki jest chirurgiczny zabieg zmniejszenia pojemności żołądka.
Tylko to zagwarantuje utratę wagi i podjęcie dalszego leczenia. Syn
zawiózł Karolinę Z. do kliniki w Zabrzu, która ma największe w Polsce
doświadczenie w tego typu zabiegach. Tamtejsi lekarze zdiagnozowali ją,
wybrali najlepszą dla pacjentki metodę (jest ich kilka). Pozostało
załatwić - wydawało się - prostą formalność, jaką była refundacja z
DONFZ. Schorowanej kobiety w żadnym razie nie stać na opłacenie
operacji. I tu zaczęły się kłopoty.
- Jako podstawę prawną we wniosku do dyrektora funduszu podałam m.in
art.68 Konstytucji RP - mówi Agnieszka Sieńko, prawniczka specjalizująca
się w prawie medycznym, która pomagała Karolinie Z. - Według niego,
każdy ma prawo do ochrony zdrowia. W negatywnym katalogu, jaki
obowiązywał w ubiegłym roku, wśród świadczeń medycznych nie
podlegających finansowaniu, nie było chorób Karoliny Z. Fundusz się
jednak upierał, że także leczenie otyłości nie jest ujęte w słowniku
procedur. Problem w tym, że ów słownik stworzył sobie sam fundusz.
Dla Agnieszki Sieńko proces Karoliny Z. jest dowodem, że z funduszem
można wygrać. I trzeba próbować, nawet gdy walka wydaje się beznadziejna.
- Sprawa Karoliny Z. jest drugą o finansowanie operacyjnego leczenia
otyłości przegraną przez nas w sądzie - wyjaśnia Joanna Mierzwińska,
rzecznik DONFZ. - Zdaniem dyrektora, który odmówił finansowania, chora
nie udokumentowała w sposób niezbity, jest to dla niej zabieg ratujący
życie. Zwróciła się o to w połowie roku, nie było na to pieniędzy. To
główny powód odmowy. Teraz, po sądowym wyroku, pacjentka będzie musiała
mieć zrefundowany zabieg. Pieniędzy nie dostanie do ręki, musi o nie
wystąpić placówka, która wykona świadczenie.
W negatywnym koszyku
Od tego roku sytuacja otyłych pacjentów jeszcze bardziej się
skomplikowała. Dyrektorzy oddziałów NFZ nie mają już prawa decydować o
indywidualnych przypadkach, w dodatku leczenie otyłości znalazło się w
tzw. negatywnym koszyku (wykazie usług medycznych znajdujących się poza
refundacją ze środków publicznych). Nie znaczy to jednak, że pacjenci
muszą płacić za zabiegi.
- Mogą liczyć na refundację, jeśli wskaźnik ich masy ciała (BMI)
przekracza 40, a zabieg jest konieczny ze wskazań medycznych - tłumaczy
Małgorzata Sadowy-Piątek, rzecznik praw pacjenta przy DONFZ, do której
tacy chorzy zwracają się o pomoc. - Pacjentów z takim problemem kieruję
do konsultantów wojewódzkich i do innych specjalistów. Muszą mieć
jednoznaczne opinie, że zabieg jest dla nich jedynym wyjściem.
W tym roku rzecznik praw pacjenta zajmowała się trzema takimi osobami z
Dolnego Śląska. Specjaliści orzekli, że ci pacjenci nie mogą mieć
operacji w pełnym znieczuleniu, bo są na to już zbyt chorzy. Jedna z
tych osób nie nadaje się w ogóle do żadnego zabiegu, a dwie mogą liczyć
na mniej drastyczną wersję - endoskopową (zabieg polega na umieszczeniu
w żołądku balonika, można schudnąć po nim "zaledwie" 70 kg, po po pół
roku balonik się wyjmuje). Nie wiadomo, ilu pacjentów poddało się
operacji prywatnie, samemu pokrywając jej koszty.
- W tej chwili nie brak refundacji jest problemem, ale limity narzucane
przez fundusz - mówi prof. Jarosław Leszczyszyn z EuroMediCare, gdzie
stosuje się głównie mniej inwazyjną metodę "balonikową". - Kolejki
oczekujących na zabieg są coraz dłuższe.
Profesor Leszczyszyn jest jednak zdania, że pacjentów do takich zabiegów
trzeba kwalifikować bardzo ostrożnie. Nie tylko lekarze, ale i psycholog
powinni o tym decydować. Po operacji na pewno się schudnie (choć chorzy
nawet z obręczą potrafią oszukiwać, pijąc np. czekoladę). Ale to nie
znaczy, że rozwiążą sie wszystkie ich problemy.
Alicja Giedroyć
alicja.giedroyc@gazeta.wroc.pl
agiedroyc@o2.pl
|
Masa nieszczęścia
Aleksandra Zuba jest psychologiem, pracuje z pacjentami kwalifikowanymi
do zabiegu w poradni leczenia otyłości Śląskiej Akademii Medycznej w
Zabrzu (pisze również pracę doktorską na temat chirurgicznego leczenia
otyłości). Widziała osoby ważące 260 kg (przy 170 wzrostu), rozumie ich
problemy.
- Często się uważa, że ci ludzie są sami sobie winni - mówi Aleksandra
Zuba - Że wystarczy mniej jeść i się ruszać, a problem zniknie. To nie
jest prawda. Są osoby np. cierpiące na kompulsywne objadanie się, które
"zajadają" każdą trudną sytuację i nie są w stanie tego kontrolować.
Jedzenie nie wynika u nich z potrzeby fizjologicznej ( bo są głodni),
ale spełnia inne funkcje. Dla nich nie ma innego wyjścia, bez operacji
nie schudną.
Otyła osoba może osiągnąć stan, w którym nie tylko choruje, ale i nie
radzi siobie z najprostszymi czynnościami. Zdaniem psychologa jednak
sama ogromna tusza to za mało, by kwalifikować pacjenta do zabiegu.
Przeciwwskazaniem są np. zaburzenia motywacyjne. Na przykład, człowiek
uważa, że wszystkie jego nieszczęścia wynikają z nadwagi, więc znikną
wraz z nią. Samotnej kobiecie wydaje się, że gdy schudnie, natychmiast
pojawi się u jej boku książę na białym koniu. Chudnie (bo z obręczą na
żołądku nie da się nie schudnąć), ale książę się nie pojawia. Wówczas
załamanie gotowe.
- Początkowo, wkrótce po operacji, zawsze jest euforia - mówi Aleksandra
Zuba. - Człowiek, który zrzucił kilkadziesiąt kilogramów, może znowu
pójść na spacer, do kina, normalnie żyć. Ale wszystkie jego problemy nie
znikną. Dopiero wówczas wymagają ogromnej pomocy psychologicznej.
|
|
www.otylosc.org
27-letni doktorant Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, Artur Rzepka, jest twórcą strony internetowej dla osób
zainteresowanych chirurgicznym leczeniem otyłości (ChLO). To pierwsza taka strona w Polsce. Można znaleźć na niej
praktyczne i rzeczowe informacje dotyczące problemu, listę ośrodków świadczących takie usługi, podyskutować na forum.
Dziennie notuje przeszło 1500 wejść, ma zarejestrowanych 300 użytkowników. Liczba zainteresowanych rośnie lawinowo z
miesiąca na miesiąc. Artura to nie dziwi:
- Ludzie z otyłością powyżej 40 według wskaźnika masy BMI to w Polsce narastający problem. Nie widać ich na ulicach,
tak jak w USA, bo większość nie wychodzi z domów. Ale oni istnieją i potrzebują pomocy.
Artur założył stronę wkrótce po swojej własnej operacji. 2,5 roku temu zabieg wycięcia części żołądka i zmiany układu
jelit przeszedł w klinice w Zabrzu. Schudł 42 kg, czuje się świetnie i poleca innym ChLO. Uważa, że w przypadku dużej
otyłości nie ma lepszej metody. Żadne diety, leki powstrzymujące łaknienie, ani nawet balonikowanie żołądka
nie są, jego zdaniem, skuteczne. Do wyjściowej wagi wraca się bardzo szybko.
- Problem otyłości tkwi przecież w głowie - tłumaczy.
Uważa, że największym problemem związanym z ChLO są właśnie kłopoty z finansowaniem zabiegów przez NFZ. Teoretycznie taka
możliwość istnieje, ale przeznacza się na to zbyt mało środków. W Polsce wciąż trudno zrozumieć, że tak naprawdę koszty
takich zabiegów są nieporównywalnie niższe od leczenia skutków otyłości.
|
|