Pomoc | Szukanie zaawansowane
Szukaj :
Strona główna
Forum
Pytania i odpowiedzi
Profile

Google
ZACZYNAMY
- od Autora
- jesteś tu po raz pierwszy?
- wprowadzenie
- przewodnik po ChLO
- metody operacji
- podejmujemy decyzję
- regulamin strony
ZASOBY STRONY
- F O R U M
- profile użytkowników
- ciekawe profile
- zmiany w profilach
- pytania i odpowiedzi
- nasze ogłoszenia
- C H A T
INFORMACJE
- A R T Y K U Ł Y
- lekarze i kliniki
- refundacja - NFZ
- dla lekarzy
- sprawy emocjonalne
- operacje plastyczne
- polecane strony
INNE
- GRUPA WSPARCIA
- www.AnonimowiZarlocy.org
- stowarzyszenie MAXIMUS
- sesje zdjęciowe
- współpraca
- wesprzyj nasz serwis
- koszulki z naszym LOGO
- balon żołądkowy
OBLICZ SWOJE BMI
Wzrost: cm
Waga: kg
UWAGA! Kalkulator działa tylko pod przeglądarką Internet Explorer - Przepraszamy.


R E K L A M A



Moje doświadczenia z ChLO
Autor: lek. med. Cezary Kędzia


Przedstawiony poniżej tekst to fragment powstającej książki autorstwa jednego z naszych użytkowników o której wydaniu i mozliwości zakupu poinformujemy jak tylko się ukaże.

Tymczasem ukazała się inna książka Pana Cezarego:



Po trzech latach naszego małżeństwa moja żona zaszła w ciążę. W drugim m-cu pojawiły się komplikacje i żona trafiła do szpitala z krwotokiem. Do dzisiaj nie mogę zapomnieć telefonu do przychodni. Kolego! Czy kocha pan rodzinę? Jeżeli tak, to proszę brać dużo dyżurów, bo będzie pan miał bliźniaki.
      Czas leciał, a moja waga rosła wprost proporcjonalnie do brzucha mojej żony. W ósmym miesiącu ciąży osiągnąłem wagę 170 kilogramów. Pochłanialiśmy razem kartony z lodami, paczki parówek. Na jedno posiedzenie mogłem wpałaszować pięć nóg z kurczaka.
      W czerwcu 1996 roku na świat przyszły bliźniaki - Ala i Maciuś i właśnie wtedy pojawiło się mnóstwo nowych obowiązków, którym często nie byłem w stanie podołać. Dzieci były rozkoszne, ale nam dały tak w tyłek, że na samą myśl o dalszym potomstwie zapala mi się w głowie syrena alarmowa. Jeżeli płakały to jednocześnie, a jeżeli chorowały to z reguły razem lub jedno po drugim.
      Po urodzeniu dzieci nadszedł moment, w który mój organizm zaczął się buntować. Pojawiła się zadyszka i duszności. Spacer z dziecięcym wózkiem był dla mnie katorgą. Musiałem przysiadać na ławce co trzydzieści metrów. Wielkim problemem było dla mnie przewinięcie dzieci. Jeszcze większe problemy sprawiała mi moja garderoba. Największe spodnie dostępne w sklepie wymagały wstawienia klinów, a kurtkę musiałem szyć na miarę. Tragedia!
      Niczym w bajce Andersena - okrzyki dzieci: "ale grubas" zmusiły mnie do działania. Próbowałem praktycznie wszystkich dostępnych i niedostępnych metod odchudzania zaczynając od diet-cud, a kończąc na preparatach hormonów tarczycy. Niestety do diet miałem zbyt słabą wolę, a o intensywnym uprawianiu sportu mogłem tylko marzyć. Zamknięte koło - szkoda gadać. Najlepszy efekt dał popularny w tym czasie preparat farmakologiczny (obecnie wycofany z produkcji) hamujący apetyt poprzez oddziaływanie na podwzgórze. Po dwumiesięcznej kuracji tym preparatem straciłem 30 kilo, a po jej zakończeniu nabrałem w ciągu kolejnych dwóch miesięcy 50 kilogramów.
      W tracie pobytu w Sosnowcu na kursie doszkalającym, do drugiego stopnia specjalizacji z medycyny pracy, dowiedziałem się o Klinice Chirurgii AM w Zabrzu, przeprowadzającej zabiegi plastyki żołądka. Z Sosnowca do Zabrza było "o rzut kamieniem". Miły adiunkt wyczerpująco objaśnił mi metodę i przebieg operacji, której miałem być poddany. Był ta jednak zabieg dość kosztowny. Trzeba było wpłacić na konto fundacji około 2000 DM - taki był koszt sprowadzanych z zagranicy stapplerów.
      Szkolenie w Sosnowcu było dla mnie bardzo uciążliwe. Wymuszona - siedząca pozycja ciała w trakcie ośmiu godzin zajęć powodowała bolesne skurcze nóg.
      Już wtedy dotarcie do oddalonego o 300 metrów supermarketu stanowiło dla mnie wielki problem. Przejście do zlokalizowanej na drugim piętrze sali wykładowej zajmowało mi 10 minut i doprowadzało do ciężkiej duszności. Praktycznie nie wychodziłem poza mury hotelu. Byłem zdeterminowany. Zabieg był dla mnie ostatnią deską ratunku.

***

Trzy tygodnie później, pełen życiowych wątpliwości i rozterek przekroczyłem próg kliniki w Zabrzu. Był to mój pierwszy pobyt w szpitalu (nie licząc narodzin) w charakterze pacjenta. Był to stary, zniszczony budynek. Po dwóch godzinach oczekiwania na miejsce, zostałem zakwaterowany w 10-osobowej sali.
      Dla takiego rozpieszczonego doktora jak ja, był to spory szok. Przykrótkie, skrzypiące lóżko, okna pozbawione zasłon, charczący - umierający staruszek, oraz specyficzny zapaszek sprawiały, ze miałem wielka ochotę wziąć nogi za pas. Jednak znienawidzona otyłość i nadzieja pozbawienia się mojego życiowego utrapienia dodawały mi odwagi.
      Drogie Grubasy - potencjalni pacjenci kliniki! Jeżeli liczycie na wygody to nie ten adres. W trakcie pobytu w klinice możecie liczyć na profesjonalna opiekę medyczna, ale nie na komfort. Warunki określiłbym raczej jako spartańskie. Do dzisiaj nie mogę zapomnieć topornych aluminiowych, pozbawionych zasłon i firanek okien w mojej sali.
      Otuchy dodała mi rozmowa z dwoma paniami - świeżo po zabiegu. To właśnie one doradziły mi wykupienie prywatnej opieki pielęgniarskiej na pierwszą noc po operacji. Jeszcze tylko ostatnia golonka z szaszłykiem w szpitalnym barze i parę godzin później końska dawka środków przeczyszczających.
      Następnego dnia, po czterech nerwowych godzinach oczekiwania przed salą operacyjną zostałem zaproszony do środka. Dopiero po rozebraniu do "rosołu" zdałem sobie sprawę jak bezbronny jest nagi człowiek. Spytany przez anestezjologa o wagę, odpowiedziałem uczciwie: Już nie wiem. Na wagach lekarskich brakowało skali. Moje cielsko bezwładnie zwisło poza stołem operacyjnym. Dormicum podane dożylnie spowodowało, że urwał mi się film. Nie śniło mi się nic.
      Obudził mnie straszliwy tępy ból brzucha spowodowany napadem kaszlu po wyjęciu rurki intubacyjnej. Sześć osób, a wśród nich moja żona z wielkim trudem przenosiło moje 200-kilowe cielsko ze stołu operacyjnego na wózek. Następnie zostałem przewieziony na sale pooperacyjną OIOM-u. Do północy przy moim łóżku czuwała moja żona i wielkie dzięki jej za to. To właśnie Ona była "dobrym duchem" całego procesu odchudzania i myślę, ze bez pomocy i akceptacji mojej małżonki nie dał bym rady przejść tej ciężkiej i jakże długiej drogi.
      Rozpruty od mostka do pępka brzuch powodował straszliwy ból, którego wcale nie łagodziły podawane mi narkotyki. Mankiet automatu do pomiaru ciśnienia miażdżył moje ramię, a kaszel i każdy nawet najmniejszy ruch powodowały straszliwy ból. Ze wszystkich możliwych otworów mojego ciała sterczały rurki. Po północy żonę zmieniła pielęgniarka. Niestety po zabiegu nic nie wolno pić, można jedynie zwilżyć usta wilgotną szpatułką. Noc była koszmarna, okropny ból nie pozwolił mi zmrużyć oka. Około dziesiątej nad ranem, po obchodzie zostałem przeniesiony na swoja stara sale.
      Ponieważ jestem strasznie "uparte bydle", zacząłem siadać i próbować chodzić w pierwszej dobie po operacji. Poprosiłem o usuniecie cewnika i sondy żołądkowej. W drugiej dobie zasuwałem po szpitalnym korytarzu jak rakieta podtrzymując rękoma obolały brzuch. Nareszcie mogłem się sam wykąpać i ogolić, a w trzeciej dobie po operacji stanowczo poprosiłem o wypisanie mnie na własną prośbę do domu. Personel kliniki stwierdził, ze takiego agenta jeszcze nie mieli. Aha! Bym zapomniał. W trzeciej dobie po operacji, to jest po pięciu dniach całkowitej głodówki, dokonałem pomiaru wagi swojego ciała. Towarowa waga w dziale zaopatrzenia bezlitośnie zatrzymała się na 198 kilogramach.

***

Po powrocie do domu zaczął się nowy etap mojego życia. Przez okres 2 miesięcy mogłem pić tylko rozcieńczone wodą mineralną soki. O jedzeniu pokarmów stałych nie było mowy. Trzeba było nauczyć się nowego sposobu życia. Po dwóch miesiącach picia soczków moja waga spadła do 160 kilogramów. Powoli zaczynałem naukę jedzenia pokarmów stałych. Początkowo były to przemielone papki, a później normalne jedzenie w bardzo małych ilościach. Dla przykładu jednorazowo mogłem zjeść pół kromki chleba z wędliną, lub nóżki z kurczaka. Każdy kęs wymagał 20?krotnego przeżuwania (początkowo naprawdę liczyłem). Czym groziła chwila zapomnienia i powrotu do łakomstwa? - Ano strasznym rzyganiem.
      Był piękny maj 1997 roku a ja trzeci miesiąc skutecznie zbijałem wagę (150 kilogramów) czułem się niczym juczny osioł, któremu zdjęto z grzbietu 50 kilowy worek. Mogłem bez większych problemów wyjść na kilometrowy spacer schody do zlokalizowanego na pierwszym piętrze naszego mieszkania pokonywałem biegiem. Zacząłem żyć. Świat nabrał nowych kształtów i barw. Niewielkie ilości pokarmów wielokrotnie i starannie przeżuwanych nabrały nowych smaków.
      Wymęczeni moimi przejściami, pozostawiając nasze roczne bliźniaki - Alę i Maciusia pod troskliwa opieka niani, wybraliśmy się wraz z żona na tydzień do cudownej Tunezji. Właśnie tam zaliczyłem pierwsze prawdziwe "rzyganko". Wystarczyła tylko chwila zapomnienia i w pośpiechu pochłonąłem zbyt dużo soczystego melona. Spory - nie przeżuty kawałek zaklinował się w stworzonym sztucznie przez chirurgów przewężeniu żołądka. Mój przełyk wił się w spazmach perystaltyki niczym wściekły grzechotnik, a z ust i nosa wyciekały olbrzymie ilości śliny. Moja klatkę piersiowa przeszywał rozpierający ból, a nawracające odruchy wymiotne miotały moim ciałem. Działo się to na spacerze, w odległości 3 kilometrów od naszego hotelu, a ja haftowałem pod każda palma. Horror! Od tego czasu minęły cztery lata, ale tego pierwszego razu do dziś nie mogę zapomnieć.
      Z naszym pobytem w Tunezji jest związana jeszcze jedna zabawna historia. Wybraliśmy się na przejażdżkę wielbłądami. Moja żona dzielnie usadowiła się miedzy garbami, ale mnie właściciel wielbłąda krytycznie zważył wzrokiem. No! Powiedział - wielbłąd ma 120 kilo udźwigu i mogę na niego wsiąść na tylko na własne ryzyko. Jeżeli wielbłąd zdechnie to będę musiał zapłacić 1000 USD kary. Ponieważ nie miałem takich pieniędzy, zostawiłem biednego zwierzaka w spokoju. Zaproponowano mi za to jazdę na osiołku, którego właściciel nie żałował bo jak stwierdził: "jak zdechnie to i tak pójdzie na salami". Ponieważ nie miałem ochoty na pieszą wędrówkę po pustyni, spróbowałem dosiąść to ofiarne zwierze. Osiołek jęknął i zaryczał pod moim ciężarem. Nogi mu się lekko rozjechały, ale ruszył dzielnie przed siebie żałośnie porykując od czasu do czasu.


  Ostatnia modyfikacja: 07.07.2005





(c) www.otylosc.org - Artur Rzepka 2003 - 2008




statystyki www stat.pl